Tajemnica zapomnianych klejnotów 1

Pełnia w Skorpionie to wyjątkowy czas . Czas wielkich obietnic i mrocznych niepokojów. To spotkanie z Cieniem: zagadkowe tajemnice, ponure rozważania i nieznane obawy, które kryją się w każdym z nas. Może nas zaprowadzić na skraj wytrzymałości, obalić i przerazić, złamać. Może także pomóc odnaleźć dawno ukryty skarb. Zanurz się zatem w mrok, rozpocznij wewnętrzną grę pomiędzy światłem i cieniem…


*
Stojący w kącie zabytkowy zegar dostojnie wybił dwudziestą. Siedząca przy biurku dziewczyna wzdrygnęła się na ten dźwięk, odbijający się echem od ogromnego gabinetu: wysokich białych ścian i zimnych marmurowych podłóg. Nie lubiła go tak samo jak ciężkich gdańskich mebli o ciemnej politurze, stojących na wprost wejścia, zaraz za jej plecami. Zdawały się przytłaczać i przygniatać, odbierając pewność siebie, podkreślając jak obco i nieswojo się tutaj czuła. Doceniła jednak fakt, że uświadomił jej późną porę; palce zaczęły śmigać po klawiaturze z prędkością światła, choć obolałe opuszki po kilku godzinach stukania odmawiały już współpracy, a paznokcie dawno się poddały – Ewa skróciła je do granic możliwości, bo wciąż się łamały. Nim minął kwadrans dziewczyna wyciągnęła bazarowe słuchawki z uszu, kliknęła „wyślij” i wreszcie napiła się wody, aby zwilżyć wyschnięte gardło. Zgasiła monitor i zabrała się za porządkowanie biurka. Kolejna rzecz, za którą tutaj nie przepadała. Niestety pani mecenas (za którą również Ewa nie przepadała) dostawała furii na widok zawalonego stertą papierów biurka, do szału doprowadzały ją dokumenty, które nie leżały pod linijkę lub samotny ołówek pozostawiony na blacie. Jednak Ewa musiała się liczyć z dziwacznymi potrzebami i krytycznymi wymogami szefowej.
Rzuciła okiem ostatni raz na swoje miejsce pracy. – Może być – uznała krytycznie, po czym zebrała swoje rzeczy i odstawiwszy klasyczne czółenka pod biurko, boso podeszła do gabinetu prawniczki. Lekko uchyliła drzwi i wsunęła głowę w otwór.
- Pani mecenas wszystko już przepisałam i wysłałam, zostaje pani sama w biurze…
- Dobrze, dziękuję pani Ewo – suchy głos brzmiał bezosobowo, kobieta nawet nie uniosła głowy znad dokumentów – proszę tylko zatrzasnąć za sobą drzwi. Do widzenia.
- Oczywiście pani mecenas. Do widzenia.

Aby nie denerwować przełożonej hałasem Ewa bardzo delikatnie zamknęła wysokie białe drzwi, puściła wymyślną mosiężną klamkę, która czasami raniła jej dłoń swoimi zdobieniami, i usłyszała szczęk zamka, zatrzaskującego bezpowrotnie drzwi do kancelarii. Wsunęła ukochane skórzane sandały, ozdobione kolorowymi frędzlami i błyszczącymi kamieniami, rozpoczynając tym samym proces „debiuryzacji”. Rozpięła sztywny kołnierzyk białej koszuli i ruszyła w stronę jasnych granitowych schodów, potęgujących wrażenie chłodu i wyobcowania. Było to idealne miejsce do robienia wrażenia na sławnych i bogatych czy też na aspirującej burżuazji, chcącej się pokazać w odpowiednim towarzystwie. A także doskonały sposób na eliminowanie „niepożądanego elementu”, jak mówiła pani mecenas na tych, którzy nie odpowiadali jej wizji klienta. Nie zawsze oznaczało to brak pieniędzy; częściej nieznane nazwisko lub brak koneksji. Elegancka przedwojenna kamienica w samym centrum miasta, wysokie sufity, drzwi w stylu francuskim, kute poręcze na schodach… wszystko dawało świadectwo zamożności znajdujących się tu firm i nielicznych mieszkańców.

Zeszła piętro niżej rozpinając niewygodną koszulę, pod którą miała jasny top na ramiączkach. Wyjęła z torebki zwiewną różowo-czerwoną tunikę we wzory Paisley i narzuciła ją na siebie – sięgała idealnie przed kolana. Na półpiętrze, między pierwszym piętrem a parterem, gdzie nie było okien, zsunęła sztywną ołówkową spódnicę i wreszcie poczuła się wolna. Koszulę i spódnicę upchnęła w pojemnej torebce-worku w kolorze jaskrawej zieleni, a na koniec rozpuściła brązowe loki, które buntowniczo opadły na ramiona w totalnym nieładzie. Nienawidziła bezdusznych formalnych strojów wymaganych w jej obecnym miejscu pracy, jednak doceniała fakt zarabiania pierwszych w życiu pieniędzy. Kolejny kontrast w jej życiu, w tym miejscu, w tej pracy. Jeden z wielu, choć najbardziej dokuczliwy. Opracowała zatem do perfekcji pozbywanie się niewygodnych „sekretarskich” ciuchów, zwłaszcza że pani mecenas absolutnie nie pozwalała na jakiekolwiek nieodpowiednie ubrania w biurze, także poza formalnymi godzinami urzędowania.

Ostatnie schodki pokonała lekkim krokiem i już po chwili doszła do wyjścia. Pchnęła ciężkie drewniane drzwi i poczuła zalewający ją żar gorącego piątkowego wieczoru: odór spalin tkwiących w korku samochodów, roztapiającego się asfaltu pod ich kołami, kwaśny zapach potu wymieszany z intensywnym aromatem perfum i odrzucającym smrodem niedomytych ciał. Trąbienie klaksonów, łoskot przejeżdżających po torach tramwajów i szum silników samochodowych oraz unoszący się ponad tymi dźwiękami miasta gwar rozmów. Kolorowy tłum tubylców i przyjezdnych, mówiących w różnych językach świata poruszał się leniwie, poddając się dyktatowi natury przejawiającym się w fali tropikalnych upałów.

- To chyba jedyna zaleta pracy w tej kancelarii, naturalna klimatyzacja, działająca pomimo tego piekielnego gorąca na zewnątrz – pomyślała idąc szybkim krokiem w stronę przejścia podziemnego, na jej czole perliły się krople potu. Upał był nieznośny. Normalnie do knajpki Leona przeszłaby na piechotę, jednak postanowiła nadrobić spóźnienie podjeżdżając tramwajem. Idąc grzebała w torebce w poszukiwaniu swoich skarbów (znienawidzonych przez panią mecenas i zabronionych w miejscu pracy): czterech pierścionków, długich dzwoniących kolczyków, trzech naszyjników i dziesięciu bransoletek wykonanych z różnorodnych materiałów. Wsuwając je kolejno na dłonie przypomniała sobie niedawną rozmowę z Anką, koleżanką z uczelni.

- Tobie jest tak wygodnie? - dziwiła się spoglądając przymrużonymi szarymi oczami na długie kolczyki z delikatnymi dzwoneczkami. – Z tymi wszystkimi ozdobami, które dzwonią i brzęczą przy każdym ruchu, nie wspominając o ich ciężarze? To chyba strasznie rozprasza – dodała, dotykając delikatnie swoich eleganckich perłowych sztyftów.
- To nie jest kwestia wygody – Ewa zaprotestowała gwałtownie machając rękami, wprowadzając bransolety w ruch, wydobywając ich pieśń - Ta biżuteria mnie definiuje, sprawia że czuję się bardziej sobą. – Pogłaskała charakterystyczny bursztynowy wisior w kształcie łzy z zatopionym przed tysiącami lat owadem. - No i przynosi mi szczęście.
- Jesteś niemożliwa – pokręciła głową, a jej proste platynowe włosy zatańczyły na ramionach. Uśmiechnęła się krzywo - Chociaż szczęścia ci nie można odmówić, biorąc pod uwagę aktywność na zajęciach i wyniki egzaminów. Żadnych poprawek! – westchnęła wspominając swój ostatni egzamin z zarządzania. - Szkoda, że to nie działa na twoje spóźnialstwo – dodała z przekąsem.

Rozmyślania przerwał nadjeżdżający tramwaj, podbiegła więc kilka stopni i w ostatniej chwili wskoczyła do środka. Znalazła spokojny kącik w zatłoczonym wagonie, oparła się o ścianę i wprawnymi ruchami poprawiła makijaż. Pogrubiła fioletową kreskę na powiekach, która wydobywała zieleń tęczówki, dodała warstwę tuszu do rzęs, a usta musnęła błyszczykiem. Była gotowa zanim przejechała swoje dwa przystanki. Zadowolona zagłębiła się w świat uliczek ścisłego centrum, które od niedawna rozkwitły życiem towarzysko – knajpianym. Kluczyła między mniej i bardziej popularnymi miejscami, aby dostać się na miejsce spotkania z przyjaciółkami.

*

Knajpka „U Leona” nie była znanym miejscem, jednak jego właścicielowi na tym nie zależało. Wolał stałą i lojalną klientelę zamiast dużego przemiału ludzkiego motłochu, który w jeden wieczór potrafił wyrządzić szkody wyższe niż miesięczny zysk. Leon nie był nowicjuszem, miał swoje lata na karku i ogrom doświadczenia w przeróżnych branżach. W swoim życiu był już handlowcem, dyrektorem hotelu, kierownikiem restauracji i szefem piekarni. Hobbystycznie wyrabiał biżuterię z drewna i malował uproszone pejzaże, które zdobiły wnętrze sali.
Świadomie wybrał ukryty w piwnicy lokal, nie zbyt duży, akurat żeby stanął tam solidny bar z blatem z prawdziwego drewna, kilka stolików, ław, foteli, kanap i krzeseł o różnorodnej proweniencji oraz zaplecze z niewielką kuchnią. Serwował proste jedzenie, idealne do piw rzemieślniczych sprowadzanych z różnych stron świata, w których się specjalizował. Kanapki i burgery, także w wersji wege oraz drobne przekąski jak precle czy kabanosy.
Czasami zasiadał do starego pianina stojącego w rogu sali i grał standardy jazzowe lub klimatyczne piosenki z repertuaru zespołów zaliczanych do poezji śpiewanej.

Dzisiaj nie był jeszcze w nastroju do grania, choć to mogło ulec zmianie. Jak co piątek czekał go nalot pięciu młodych kobiet, planujących babskie pogaduchy do późnej nocy lub wczesnego ranka. Lubił te ich spotkania, choć niejednokrotnie zastanawiał się jak tak różne osobowości są w stanie się dogadać … Magda już czekała na koleżanki, jak zawsze przyszła wcześniej i jak zawsze zamówiła słodkiego wiśniowego kriega, którego sączyła potem cały wieczór. Była najspokojniejsza i najbardziej sztywna z całej gromadki. Grzeczna panieneczka z dobrego domu, tak ją określał w myślach. W sumie trudno ją było rozszyfrować; zachowywała się uprzejmie, wyglądała przeciętnie. Proste czarno-brązowe włosy spięte były w kitkę, podkrążone oczy nie widziały makijażu, a oliwkowa cera wyglądała smętnie i blado. Ubranie nie poprawiało sytuacji: dżinsowe szorty, koszulka na ramiączkach w kolorze spranego brązu, włóczkowy plecak wyglądający na inspirowany południowoamerykańskim folklorem. Totalne przeciwieństwo uwielbiającej kolory Ewy, która zaskakiwała za każdym razem, gdy ją widział, czy rudowłosej Weroniki lubującej się w nieco przesadnie dramatycznych kreacjach. Przymrużył oczy z uśmiechem wspominając ostatnią wizytę Wery: miała na sobie czarną powłóczystą sukienkę wykończoną koronką, którą sama zrobiła ze starych ciuchów. Idealnie podkreślała jej białe ramiona i smukłą sylwetkę. Problemy się zaczęły, gdy wypiła zbyt wiele białego wina i plątała się w sukience co chwilę tracąc równowagę. Podchodząca praktycznie do rzeczywistości Justyna założyła jej swój pasek, a następnie zbluzowała część sukienki znacząco ją skracając. Zapobiegła w ten sposób katastrofie, choć jego pracownik Łukasz chyba nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. Ewidentnie czuł miętę do Wery, choć ona tego kompletnie nie zauważała. To także sprawiało, że lubił piątkowe wieczory; mógł obserwować i delikatnie aranżować pewne sytuacje.

- Cześć Leo! - rudowłosa dziewczyna wpadła jak burza i obdarzyła go cmoknięciem w policzek. - Dziewczyny już są?
- Na razie tylko Magda, więc jesteś druga – odparł ogarniając ją wzrokiem. Tym razem nie zapowiadało się żadne nieszczęście: Wera miała na sobie krótką niebieską sukienkę bez ramiączek, podkreślającą jej figurę i zgrabne nogi. Połyskujące sandałki na karkołomnym obcasie dodawały jej kilka centymetrów wzrostu, więc nie musiała zadzierać głowy, aby spojrzeć mu w oczy.
- Ha, wreszcie nie będą zrzędziły, że się ciągle spóźniam – parsknęła ze śmiechem i zawirowała z radości – Pięknie się kręci, prawda? - powiedziała poprawiając wykończony falbanką dół sukienki.
- Prawda, prawda – uśmiechnął się na widok miny Łukasza, który właśnie wyszedł z zaplecza, stanął jak rażony gromem i z zachwytem wpatrywał się w dziewczynę. - Też twoja kreacja?
- Owszem! Pierwszy raz szyłam spódnicę z koła.. ale to chyba ciebie nie interesuje.
- Nie bardzo - przyznał. - Co ci podać, białe wino? - sięgnął po butelkę jej ulubionego Chardonnay.
- Tak, tylko tym razem pół na pół z wodą gazowaną poproszę. Nie chcę się znowu tak szybko wstawić, mam poważny problem do obgadania. - odrzuciła długie loki i uśmiechnęła się tajemniczo.
- Obstawiam nową miłość! - powiedziała Justyna podchodząc do baru. Miała bardzo dobry słuch i świetne wyczucie stylu, przynajmniej według Leona. Prosty biały kombinezon na ramiączkach z długimi nogawkami wyglądał świetnie na wysokiej i wysportowanej dziewczynie, podkreślając jednocześnie jej opaleniznę. Perfekcyjnego wizerunku dopełniały idealnie podcięte włosy w kolorze miodu.
- Ty Wercia chyba nigdy nie przestajesz szukać nowej miłości, co? - to była Jolka, na pozór bardzo przeciętna, a jednak bardzo bystra obserwatorka. Jej wygląd mógł zmylić każdego: bezkształtna sukienka w łączkę z India shopu, długie czarne włosy zaplecione w dwa warkocze i duże błękitne oczy dziecka. Jednak Leon znał już trochę całą tą paczkę i dawno uznał, że Jola jest bystrą dziewczyną o ciętym języku. Odzywa się bardzo rzadko, jednak jej słowa są bardzo trafne.
- No przecież kobieta nie może być sama, prawda? - odparła zabierając swój kieliszek z winem i podążając w kierunku Magdy.
- Co dla was? - Leon rzucił okiem na zapas soków. - Żurawina mi się już skończyła Jolu, mogę ci zaproponować sok grapefruitowy albo z czarnej porzeczki.
- Porzeczka będzie idealna, dziękuję. To miłe, że tak o nas dbasz. – zarzuciła na ramię czarny nylonowy plecak i uśmiechnęła się.
- Jesteście stałymi klientkami, trzeba o was dbać! - roześmiał się głośno, rubasznie. - A na dodatek ulubionymi, więc to czysta przyjemność.
- Powinnaś kiedyś przyjechać komunikacją miejską, albo przenocować u którejś z nas – Justyna spojrzała na koleżankę. - Nawet nie wiesz co tracisz, piwa tutaj są absolutnie fantastyczne!
- Zawsze mogę zapakować na wynos – wtrącił Leon
- Ale to nie będzie to samo – odparła Jolka krzywiąc się nieco – Atmosfera i otoczenie też są potrzebne. Dzisiaj jednak na pewno wracam moim wysłużonym autkiem pod Warszawę. Zorientuję się jakie mam możliwości, żebyśmy mogły razem popić – zakończyła z delikatnym uśmiechem, choć w jej oczach czaiła się obawa.
Leon spojrzał na Jolę, jednak chwila niepokoju już minęła i błękitne oczy znów patrzyły na świat przyjaźnie. Zaciekawiło go to, jednak na razie postanowił nie drążyć sprawy. Zresztą dziewczyny paplały dalej.
- Koniecznie! Zwłaszcza, że za chwilę kończymy rok akademicki – dodała Justyna – mi został już tylko jeden egzamin i wakacje.
- Ja nie jestem taką szczęściarą, mam jedną poprawkę w przyszłym tygodniu, i dwa egzaminy. - Jolka miała zbolałą minę. - Nienawidzę ekonometrii, na co to komu w ogóle potrzebne …
- Szczęście czy nie, ja w wakacje głównie pracuję, ale o tym opowiem jak już usiądziemy razem. Leon, odezwała się patrząc na szereg piwnych kranów, co dzisiaj proponujesz?
- Na ten upał idealny będzie Wittbier - Leon lubił Justynę między innymi za to, że doceniała jego starania o sprowadzanie najlepszego piwa i naprawdę lubiła je pić. - Łukasz poda do stolika.
- Dzięki – odparła, po czym wzięła Jolkę za łokieć i przyłączyły się do reszty gromadki.

*

Ewa poruszała się tak szybko jak to było możliwe przy panującym upale. Pot spływał jej po karku i czole, powietrze było ciężkie i wilgotne, duchota utrudniała oddychanie. Na Marszałkowskiej minęła rozstawioną kurtynę wodną, a większość mijanych restauracji miała wywieszone kartki „woda za darmo”. Doskonale zdawała sobie sprawę, że tym razem w spóźnieniu pobije nawet Weronikę. Spotkanie zaczynało się zazwyczaj 20:15, a zegarek wskazywał 20:40 kiedy wreszcie weszła w znajome podwórko. – Dziewczyny już pewnie piją drugą kolejkę – westchnęła i zbiegła po betonowych schodkach, pchnęła ciężkie metalowe drzwi i weszła do chłodnego wnętrza baru. Natychmiast zaatakowały ją zapachy piwa i jedzenia, przypominając brutalnie, że ostatni posiłek jadła koło południa. I nie był zbyt obfity.

- Ewa! Strasznie późno dzisiaj dotarłaś – Leon przywitał ją z uśmiechem obdarzając przelotnym buziakiem. Jego ciemnoblond włosy dzisiaj były rozpuszczone i sięgały ramion.
- Żadnych nowych ozdób? – rzuciła oglądając biżuterię zdobiącą jego szyję: kilka łańcuszków, drewniane koraliki przywiezione z podróży do Indii i bursztynowy wisior na rzemyku. Pokręcił głową. – Jestem rozczarowana! Obiecałeś zmiany.
- Na razie pielęgnuję mój trzydniowy zarost. – podrapał się po brodzie – choć nie wiem jak długo z nim wytrzymam.
- Zazdrościsz Łukaszowi? – spojrzała na chłopaka, który nalewał piwo za barem. Jego piękna zadbana broda budziła zazdrość u męskiej części gości, natomiast kobiety często tajemniczo uśmiechały się na myśl o takim zaroście. – To może Łuki zapuścisz włosy? – roześmiała się wskazując jego krótkie włosy wraz z charakterystyczną kitką na czubku.
- Nie ma mowy – zaprotestował charakterystycznym niskim głosem. – Już lepiej niech on obetnie te swoje kudły.
- Dobra, to może zmienimy temat – mruknął Leon - Głodna?
- No pewnie! Chyba czytasz w moich myślach …
- Przygotuję twojego ulubionego burgera z podwójnym serem i bekonem, chcesz do tego piwo? Polecałbym pszeniczne lub żytnie.
- Żytnie, dzięki. Jestem ostatnia prawda? - powiedziała spoglądając nerwowo na wnętrze knajpki. Dziewczyny chichotały i gadały jak najęte rozparte na wygodnych kanapach.
- Tak, ale dzisiaj i tak Weronika była druga, więc marne twoje szanse na bycie przed nią. Proszę piwo, kanapkę do stolika poda Łukasz.
- Ech, wszystko przez tą beznadziejną pracę. Dzięki Leo – uśmiechnęła się i trzymając ciężki kufel w obu dłoniach podążyła do koleżanek.

- Cześć dziewczyny, sorki za spóźnienie … Dzisiaj jak na złość mecenas wyprodukowała setki pism do przepisania. – Ewa odstawiła kufel i zapadła się w miękki czerwony fotel. – Jestem wykończona.
- Dobrze, że już jesteś – jęknęła Justyna – Wera zaraz eksploduje tak bardzo chce nam opowiedzieć o swojej nowej miłości, a koniecznie chciała żebyśmy były w komplecie.
- No bo jak coś przegapię i zapomnę? To dla mnie bardzo ważne, a wiecie jak bardzo liczę się z waszą opinią.
- Co nie zmienia faktu, że najczęściej i tak nas nie słuchasz i pakujesz się w tarapaty. - Magda skrzyżowała ręce i wyglądała jakby szykowała się do większej tyrady.
- No, ale wtedy przynajmniej nie może nas obwiniać – przerwała jej Ewa i zrobiła miejsce na stoliku na swój posiłek, choć przez moment zastanawiała się czy Łukasz do niej dotrze. Wysoki blondyn wpatrywał się w coś z taką intensywnością, że prawie stracił równowagę.
- Burger Ewy – powiedział stawiając na stole gigantyczną kanapkę przebitą patyczkiem szaszłykowym. – Leo prosił, żeby Ci przypomnieć o jutrzejszej wizycie u rodziców.
- Rany, dzięki! Zdążyłam już zapomnieć – mruknęła i wgryzła się w kanapkę
- Ewka ty kiedyś zapomnisz jak się nazywasz – Justyna kręciła głową. – To już Leo musi ci przypominać odwiedzeniu rodziców?
- To jakaś ważna sprawa i musi, ale to absolutnie musi odbyć się jutro. Przynajmniej tak twierdzi ojciec.
- Hm, to może mieć coś wspólnego z jutrzejszą pełnią księżyca – Jolka nerwowo skubała warkocz.
- Oj tam pełnia! Możemy przejść do sedna spotkania? – niecierpliwiła się Wera.
Ewa zwróciła się do przyjaciółki i zaatakowała ponownie kanapkę - No to opowiadaj o tym swoim najnowszym wyzwaniu.

Odsłony: 1332